czwartek, 10 stycznia 2019

5. Lepiej ogarniajmy życie niż matmę

— Zhong Chenle! Żartujesz sobie?! Minął miesiąc szkoły, a tobie już mówią, że nie zdasz do następnej klasy! — Jisung wyjątkowo jak na siebie wygląda na wzburzonego, idąc szkolnym korytarzem. Trzyma w dłoniach ostatni egzamin Chenle z matematyki i kręci w niedowierzaniu głową. — Jak możesz robić tak podstawowe błędy? Zaraz... nawet tu masz źle? Przecież podałem ci na to odpowiedź!

— Zapisałem ją do złego zadania. - Chenle przewraca oczami, niezbyt przejęty jego gniewem i faktem, że co chwila ktoś się na nich patrzy przez te krzyki. — Wyluzuj, poprawię to jakoś.

— Nie 'jakoś'. Od jutra uczy cię Donghyuck. — Jisung wciska mu papier do rąk i przyspiesza kroku, wściekły na jego głupotę. Naprawdę martwi go to, że blondyn aż tak nie przykłada się do nauki. Zależy mu, aby zdał z dobrymi wynikami i dostał się w przyszłości na dobry uniwersytet. Chce też, aby pani Zhong była dumna z nich obu.

— Nie ma takiej opcji, Park. — Chenle prycha i dogania go. — Nie zmusisz mnie, nie masz nade mną władzy!

— Zakład? — Jisung odwraca się i mruży oczy, stając z przyjacielem twarzą w twarz. Chenle patrzy na niego w zdziwieniu. Naprawdę rzadko kiedy można zobaczyć wzburzonego Jisunga. — Spróbuj mi odmówić, to poznasz na swojej skórze nie tylko mój gniew, ale i Renjuna. Gwarantuję ci to.

Chińczyk odwraca wzrok, wyglądając, jakby zjadł cytrynę. Renjun czasami potrafi być gorszy od Donghyucka, a i uderzyć potrafi mocniej.

— O, skoro o Renjunie mowa... — Chenle momentalnie potrafi zauważyć jakąkolwiek sytuację, która może sprawić, aby ta dwójka z jego przyjaciół mogła spędzić ze sobą czas w samotności i zbliżyć do siebie. — Masz napisać ten referat o sztuce średniowiecznej, no nie? Renjun może ci w nim przecież pomóc, to jego bajka.

— O, nie pomyślałem o tym. — Jisung momentalnie spuszcza z tonu i patrzy gdzieś w bok. — W sumie będąc w artystycznej pewnie ma to w małym palcu. Dzięki za pomysł! Pójdę do Hyucka, potem do niego.

— Cze... — Chce go mimo wszystko zatrzymać, ale ten już zdążył szybko odbiec w stronę lewego skrzydła szkoły, gdzie znajdują się sale matematyczne. Stoi więc tak po prostu na środku korytarza, w duchu płacząc, że już zaraz Donghyuck dowie się o tym, jakiego beznadziejnego ucznia będzie musiał za namową maślanych oczu Jisunga wziąć pod swoje skrzydła.

— Co tak stoisz, matematyczny geniuszu? — Czuje na swoim ramieniu czyjąś rękę, ale nawet nie odwraca się na ten gest, słysząc w uchu chrupanie marchewki, które może należeć tylko do jednej osoby.

— Skąd ty to niby wiesz, co? Jesteś jak te baby z małych miasteczek, które wszystko wiedzą sekundę po zdarzeniu z przeciwległego końca wsi? — Chenle w sumie nigdy nie zastanawiał się nad tym, jakim cudem Jaemin, a więc i Jeno, zawsze wszystko o wszystkim wiedzą. To czasami jest naprawdę chore.

— Wiem też, że twoje próby zeswatania naszych kochanych chłopców coś nie wychodzą. — Jaemin w końcu opiera się o ścianę i patrzy na przyjaciela z nieszczerym współczuciem. — Minął już miesiąc, a twoich prób już nie mogę zliczyć. Najbardziej chyba do tej pory podobała mi się próba utopienia Renjuna na basenie, aby Jisung go uratował.

— Jezu no, zapomniałem, że Jisung średnio pływa. Co to ma do rzeczy, minął DOPIERO miesiąc. Uczucia potrzebują czasu. Renjun nie rozumie swoich uczuć.

— A więc ile czasu ty jeszcze potrzebujesz, abyś zrozumiał swoje? — Chłopak uśmiecha się kącikiem ust, poprawia plecak na swoim ramieniu i wchodzi do klasy, koło której stał i zaraz ma mieć zajęcia.

Chenle znów prycha i nie chcąc dłużej myśleć nad jego słowami, szybko o nich zapomina i uśmiecha się na myśl, że dziś wpada do niego do domu Jisung i jak obiecała mu mama, zjedzą pyszny ramen. Czy może być lepsze popołudnie niż obiadek z tym zdrajcą?

🐬🐤🐬

— Hyuck, proszę cię... — Jisung składa dłonie jak do modlitwy, stojąc przed ławką znudzonego okularnika, który nie odrywa wzroku od swojej książki. — Będę miał u ciebie super wielki dług, ale błagam, pomóż mu, przecież on nie zda!

— Za bardzo się o niego troszczysz. Powinien nauczyć się dbać o siebie, wiesz? Nie będziesz jego opiekunką całe życie. — Donghyuck kręci głową i w końcu unosi wzrok. — Pomogę mu, ale myślę, że powinieneś trochę spasować. On nie może wiecznie bujać w obłokach i żyć mangami i jedzeniem.

— Zbyt poważnie do tego podchodzisz. Lubię jego dziecinną stronę. To lepsze niż gdyby miał siedzieć z nosem w książkach całe życie.

— Odczuwam personalny atak na mnie.

— Nie, nie! — Jisung kręci głową i uśmiecha się pogodnie. — Chciałem tylko powiedzieć, że jemu pasuje bycie... właśnie takim. Niech chociaż on, jedyny z nas, pozostanie dzieckiem ile tylko się da. Uwielbiam w nim to, jak cieszy się z najmniejszych rzeczy. Zazdroszczę mu tego.

Donghyuck nie odpowiada, tylko patrzy na niego z beznamiętnym wyrazem twarzy. Czyżby Jaemin naprawdę miał rację?

— Dobra, jak mówiłem, pomogę mu. Ale to ostatni raz — zaznacza. Szczęśliwy Jisung rzuca mu się na szyję w podzięce, a następnie szybko wybiega z klasy na dźwięk dzwonka. Do Renjuna będzie więc musiał pójść kiedy indziej. Potrzebuje też chwili samotności z nim, bo czuje, że musi zażegnać tę niezręczną atmosferę, jaką odczuwa pomiędzy nimi od końca wakacji.

🐬🐤🐬

Jeno leży spocony na szkolnej hali, szczęśliwie dysząc po udanym treningu i wygranym meczu. Koło niego już po chwili rzuca się równie zmęczony Mark, trzymając w dłoniach piłkę do koszykówki.

— Serio cieszę się, że dołączyłeś w tym roku. Brakowało nam kogoś dobrego. — mówi Kanadyjczyk, uśmiechając się szeroko. — Możemy nawet mieć szansę na zawodach.

— Tak, wszyscy w was wierzymy, ale moglibyście łaskawie zrobić miejsce na boisku dla przyszłych mistrzów. — Nad ich twarzami, zanim Jeno zdążył odpowiedzieć, pojawia się Renjun z szerokim uśmiechem. Ubrany jest w odblaskową koszulkę, aby wyróżniać się na treningu jako libero. — Ciągle przeciągacie swój trening i blokujecie nam salę. Jeszcze raz, a obiecuję słodką zemstę. Wiem, gdzie mieszkacie.

Chłopcy jak zawsze puszczają groźby Renjuna koło uszu i przyjmują jego pomocne dłonie, aby wstać.

— Sorry, to był wyjątkowo dobry mecz. — Jeno rozkłada niewinnie ręce, po czym wesoło macha w stronę Jaemina, który pojawia się w drzwiach od hali. Żegna się wraz z Markiem z Renjunem, życząc mu udanego treningu i ruszają w stronę szczupłego chłopaka, który postanowił na nich dziś zaczekać.

— Widzieliście gdzieś Chenle, Jisunga i Hyucka? Nie odbierają — pyta Jaemin w drodze do szatni.

— Uczą się matmy w bibliotece. Znaczy Jisung im tylko towarzyszy i broni Chenle, gdy Hyuck jest zbyt ostry — oznajmia Mark, wchodząc do niewielkiego pomieszczenia. Od razu zaczynają się przebierać, bo jest już dość późna godzina, a obydwaj mają sporo rzeczy do zrobienia w domu.

— Serio? Byłem tam przed chwilą. Nie było ich.

— Dziwne. Myślałem, że będą tam siedzieć do zamknięcia. — Mark wzrusza ramionami, zakładając koszulkę.

— Hejka! — Po szatni roznosi się piskliwy, głośny głos, przez co odruchowo wszyscy przymykają oko, jakby to miało pomóc. — Renjun już ćwiczy?

— A co? — Jeno patrzy na Chenle, który stoi w szeroko otwartych drzwiach, nie przejmując się tym, że Jeno ma na sobie same majtki.

— Dziwnie dziś sobie postanowił, że pójdziemy obejrzeć trening. Nie pytajcie o powód, nie znamy go i on chyba też nie — odpowiada Jisung, który wychyla się zza jego pleców.

— O, Hyuck! Dobrze, że cię widzę. Sprawę mam. — Jaemin uśmiecha się szeroko i wciąga do szatni okularnika, który stał na samym końcu. — A wy idźcie, idźcie. Już się zaczął.

— Do jutra! — Chenle uśmiecha się szeroko i ciągnąc niechętnego Jisunga, udaje się w stronę hali, z której dobiega pisk butów i uderzenia piłek.

— Co chcesz? — pyta Donghyuck, gdy już zostają w czwórkę.

— Nic. Chciałem, żeby oni siedzieli na trybunach we dwójkę. — Ziewa przeciągle i zerka na zegarek. — To nic nie da, ale czemu by nie spróbować.

— On jest zbyt tępy, by nawet zauważyć twoje próby, wiesz?

— O czym mówicie? — pyta Mark, który zdążył już się przebrać i aktualnie pakuje swoje rzeczy. — O tym, że Chenle chce zeswatać Renjuna z Jisungiem? To po to zagonił Jisunga na trening? Żeby Renjunowi było miło?

— Pewnie tak. Ej, w ogóle po której ty jesteś stronie? — Jeno przygląda mu się podejrzliwie, na chwilę zaprzestając ruchu, przez co jego koszulka wciąż jest w jego dłoniach, a Jaemin może patrzeć na jego lekko zarysowane mięśnie.

— W sumie nie wiem. Jak już to chyba bardziej po waszej. Renjun i Jisung nie pasują do siebie i na pewno między nimi nic nie jest. Nawet ja to widzę.

— Mądry chłopak. — Jaemin uśmiecha się słodko, wiedząc, że Chenle pozostał sam na placu boju.

🐬🐤🐬

— Renjun rzeczywiście jest dobry w siatkę, co nie? Odbija piłkę i w ogóle. — Chenle ze skupieniem patrzy na boisko, na którym właśnie trwa drugi set. Chłopcy póki co nie wyglądają na zmęczonych, a drużyna, w której jest Renjun, wygrywa. Być może idzie mu też tak dobrze, bo naprawdę ucieszył się, że przyjaciele postanowili tak po prostu posiedzieć i pokibicować mu na treningu.

— No, niezły jest — odpowiada sucho Jisung, zerkając z niechęcią na wpatrzonego w Renjuna Chenle. Zakłada rękę na rękę i przenosi wzrok gdzieś na ścianę. — Może już pójdziemy? Masz jeszcze matmę do odrobienia.

— To będzie słabe, jeśli teraz wyjdziemy, nie sądzisz? — Chenle patrzy na niego szczenięcym wzrokiem. — Będzie mu przykro.

Jisung w duchu przyznaje mu rację, więc tylko siada wygodniej na krzesełku i opiera nogi o to z niższego rzędu.

— To sobie patrz, a ja sobie pośpię.

— Co ty taki nie w humorze dziś? Przecież poprawię tę matmę, nie masz się o co wkurzać. Poza tym, to ja w razie co będę mieć problemy, a nie ty. — Chenle wydaje się być zmęczony tematem znienawidzonego przez siebie przedmiotu i wyraźnie irytuje go fakt, jak bardzo Jisung się na tym skupia. Zachowanie przyjaciela w stosunku do Renjuna utwierdza go też w przekonaniu, że nie jest między nimi dobrze.

— Przejmuję się tobą, to takie dziwne? — Jisung patrzy na niego wyraźnie zdenerwowany. Nie jest to spowodowane tylko i wyłącznie złymi ocenami Chenle, ale on przecież nie musi o tym wiedzieć. Nie musi wiedzieć, jak bardzo przeszkadza mu to, jak z każdym dniem zachwyt Chenle Renjunem wzrasta. A to Jisungowi się bardzo nie podoba.

— Nie jest dziwne, ale... spokojnie. Dam radę. — Blondyn uśmiecha się szeroko i czochra włosy młodszego. Doskonale wie, że jego szczery uśmiech potrafi zdziałać cuda, zwłaszcza u Jisunga, który momentalnie łagodnieje i tylko wzdycha. Zna go w końcu jak nikt inny.

— Mam nadzieję. Nie zawiedź mnie, Zhong.

— Spokojnie, Park.

🐬🐤🐬

— Jisung! Chciałeś dziś o czymś pogadać! — Szatyn słyszy donośny głos Renjuna, gdy stoi już przy wyjściu ze szkoły, czekając na Chenle, który poszedł kupić sobie jeszcze sok w automacie. Niższy podbiega do niego z szerokim uśmiechem. — Dzięki, że przyszliście! Miło mi!

Jisung uśmiecha się do niego, usilnie starając się nie okazać tego, jak zły ma dziś humor, również z jego powodu. Wie jednak, że nic nie jest winą przyjaciela, który tak mu pomógł i wsparł psychicznie pod koniec wakacji.

— W sumie już nie pamiętam, o co chodziło... — kłamie, nie chcąc póki co nawet myśleć o spotkaniach z ciemnowłosym, gdzie ten miałby mu pomóc przy referacie. Może jutro mu przejdzie i zdecyduje się na zapytanie o pomoc. Dziś po ludzku nie ma na to ochoty. — Dobrze grasz, nawet nie wiedziałem, że tak świetnie ci idzie.

— Po tylu latach trenowania dziwne by było, gdyby mi nie szło. — Śmieje się, zarzucając na siebie jeansową kurtkę, bo powiało chłodem, choć na pogodę nie mogą narzekać. Mimo drugiego miesiąca października pogoda póki co jest świetna, nie licząc kilku pochmurnych i deszczowych dni, które miały miejsce we wrześniu.

— O, wracasz w naszą stronę? — W końcu zjawia się i Chenle, trzymając w dłoni puszkę z gazowanym napojem, który przekonał go do wypicia bardziej niż sok. — Fajny mecz.

— Idziecie do ciebie? — pyta chłopak, gdy w końcu ruszają w drogę do domów. — Dalej będziecie kuć matmę?

— Będziemy żreć ramen — odpowiada rozmarzonym głosem Chenle, niemalże dostając ślinotoku na myśl o swoim ulubionym daniu, które już za kilkanaście minut będzie mógł posmakować. — Chcesz wpaść?

Jisung, gdyby mógł, właśnie teraz uderzyłby go z całej siły łokciem w brzuch. Zrobienie tego jednak w takiej sytuacji byłoby dość niezrozumiałe i niezręczne dla wszystkich. Dlatego też najmłodszy jedynie zaciska pięści w kieszeniach swojej markowej kurtki i wpatruje się gdzieś na przeciwległą stronę ulicy.

— Dziękuję, ale idę dziś z bratem do kina. Obiecałem mu to już dawno temu. — Renjun uśmiecha się przepraszająco, po czym zerka na Jisunga, posyłając mu sugestywny wzrok, który ten od razu rozumie.

Park uśmiecha się lekko pod nosem. Renjun kłamie i Jisung doskonale wie, że robi to dla niego.

Po chwili więc czuje się w duchu źle na myśl, jak jeszcze chwilę temu gdzieś w środku siebie przeklinał Renjuna, nie chcąc nawet poprosić go o pomoc w referacie. Jest beznadziejny, nie patrząc na wszystko obiektywnie. Jest beznadziejnym człowiekiem, przenosząc swoją złość na innych.

Ale co ma poradzić, skoro boi się stracić Chenle, który najprawdopodobniej zauroczył się w niskim Renjunie, tym samym mogąc niedługo zepchnąć go na drugi plan?

4. Nie wychodźmy dziś z łóżka


— Jeno, myśl no. To nie może być coś banalnego, a to serio będzie najlepszy moment, aby ich zeswatać. Czy może być lepsze miejsce niż gdzieś poza miastem, na wspólnym wyjeździe?

— Na pewno może. Hawaje są lepsze. Poza tym, czemu myślimy o tym już teraz? Do wyjazdu jeszcze dwa miesiące.

— Denerwujesz mnie. Możesz wymyślić coś bardziej ambitnego poza banalną grą w butelkę. Chcę się przygotować na wszystko już teraz.

— Nie no, wiesz, przy butelce często wychodzą na jaw ciekawe fakty. — Jeno nie odrywa wzroku od mangi One Piece, leżąc z głową wiszącą poza łóżkiem. Jego shiba o imieniu Chopper dumnie przy nim leży, nie dopuszczając do niego Jaemina, który musi zadowolić się miękką, zieloną pufą wypełnioną małymi kuleczkami. Pies z poczuciem wyższości patrzy na chłopaka, o którego jest zazdrosny i powarkuje cichutko, gdy tylko Na rusza stopą, aby znudzony bawić się nią kapturem Jeno.

— Jakie niby fakty?

— Gdyby nie butelka, wiedziałbyś, że Donghyuck boi się kurczaków?

— E tam. Nigdy nam się to jeszcze nie przydało. Choć naprawdę chciałbym zobaczyć małego Hyucka, który z płaczem przed nimi ucieka. Ile ja bym dał za takie nagranie, aby go szantażować...

Jeno unosi w końcu na niego zdziwiony wzrok.

— O nie. Zaczynam gadać jak on?

Jego chłopak twierdząco kiwa głową i śmieje się pod nosem.

— W każdym razie... pomóż no! Tobie powinno zależeć bardziej, bo to ty wygrasz ten hajs z zakładu!

— Nie robisz tego dla nich? — Jeno uśmiecha się pod nosem i unosi brwi. — Naprawdę zmieniasz się w Hyucka.

— No dla nich też, wiadomo. I wcale że nie! — Jaemin wywraca oczami i rzuca w niego poduszką, przez co słyszy donośne szczeknięcie niezadowolonego psa. Jeno klepie go uspokajająco, przez co pies zabawnie wystawia język.

— Jeszcze jeden atak i naślę na ciebie Choppera.

— Nie boję się ps... omg. Że też na to nie wpadłem!

— Napuścisz na Jisunga psa, aby Chenle go uratował? — Jeno przekręca nieco głowę i patrzy na chłopaka z zainteresowaniem.

— Nie. Po prostu teraz sobie przypomniałem, że Jisung boi się i horrorów, i ciemności. A gdy się czegoś boisz, chyba fajnie mieć kogoś przy swoim boku?

Jeno uśmiecha się kącikiem ust i patrzy na swojego chłopaka z dumą.

— Jeszcze nie wiem, co zrobimy, ale już mi się to podoba.

— Prawda? W dodatku mamy przewagę. Gadałem z Markiem i Chenle był szybszy. Wziął go na swoją stronę, ale mimo tego wciąż jest nas trzech na dwóch. Pza tym... to jednak Mark. Zmieni zdanie. My mamy bonusowo Hyucka.

— Renjun pozostaje neutralny?

— No jak chcesz to możesz do niego podejść z tekstem 'Hej Renjun, chcemy zeswatać Jisunga z Chenle, a w międzyczasie on stara się zeswatać ciebie z Jisungiem. Chcesz być z nami w teamie?'. Ja się na to nie piszę.

— Tak szczerze to ciężko mi przewidzieć jego reakcję na coś takiego — wzdycha Jeno. — Albo się wkurzy i go zabije, albo po prostu wyśmieje.

— Dlatego niech chociaż on i Jisung zostaną neutralni. Tak będzie lepiej.

🐬🐤🐬

Jest naprawdę bardzo cicho tego dnia. Może nie tyle, co cicho, ale bardzo spokojnie, a lekki deszcz i szare niebo sprawiają, że wszystko wydaje się jakieś smutne i powolne. Bardzo mdłe.
Podobnie mdły kolor ma pokaźny, pięknie zdobiony pomnik, przed którym stoi dwójka nastolatków, w ciszy wpatrując się w samotną, purpurową świeczkę i bukiet róż, który zakupili.
Z góry spogląda na nich sporych rozmiarów rzeźba anioła, którego oczy niemalże boleśnie wbijają się w smutne oczy młodszego chłopaka, który usilnie stara się sobie wmówić, że mokre ścieżki na jego zaróżowionych od zimna policzkach to jedynie deszcz.

Chenle obejmuje młodszego jednym ramieniem i pozwala mu ułożyć jego głowę na swoim ramieniu. Stoją tak dłuższą chwilę, podczas której deszcz przybiera na sile.

— To już dziewięć lat — odzywa się nagle Jisung. — Wciąż mi jej brakuje.

— Wiem.

Ponownie następuje między nimi cisza, którą w końcu przerywa Chenle.

— Ale pamiętaj, że dla mojej mamy też jesteś jej dzieckiem.

Jisung kiwa głową, a pomimo smutku i łez w jego oczach, na twarzy pojawia mu się delikatny uśmiech.

— Nigdy tak naprawdę jej za to nie podziękowałem. Tobie też. Daliście mi nowy dom, nie chcąc nigdy niczego w zamian.

— Co niby mielibyśmy chcieć? Mamy ciebie.

Jisung zaciska lekko palce na swoim ramieniu i przygryza wargę, aby nie rozpłakać się jeszcze bardziej przez te słowa.

— Jestem naprawdę szczęśliwy, mając to, co mam. Ale czasem i tak zastanawiam się, jakby było, gdyby żyła. Czy nie znalibyśmy się, bo nie poszedłbym wtedy do parku, aby się wypłakać. Nie usiadłbyś obok mnie na huśtawce, pytając co się stało.

— Przestań. Jest dobrze tak, jak jest. Na nic nie mamy wpływu. Cieszę się, że mogłeś stać się moim przyjacielem. Chciałbym, aby tak zostało już na zawsze. — Chenle uśmiecha się do niego pogodnie i klepie go po głowie, która jest nieco wilgotna mimo parasolki, którą trzyma Chińczyk drugą dłonią.

— Ja też... chciałbym, abyśmy byli już zawsze przyjaciółmi... — kłamstwo z trudem przechodzi młodszemu przez gardło.

Chenle uśmiecha się i klepie wyższego po plecach. Wspólnie ruszają w stronę wyjścia z rozległego, zawiłego cmentarza, odruchowo jak zawsze czytając wszystkie nazwiska widoczne na nagrobkach. Deszcz z każdą chwilą przybiera na sile, uderzając w przezroczystą parasolkę, pod którą usilnie się chowają. Przyspieszają więc kroku i wychodzą na ruchliwą, mimo fatalnej pogody, ulicę. Przedzierają się przez tłum i szybko dobiegają do autobusu, który akurat podjechał na przystanek znajdujący się w niedużej odległości od cmentarnej bramy. Udaje im się wejść do środka, przez co z ulgą biorą oddech, wiedząc, że mają kilka minut wolności od deszczu.

— Co ty na to, aby wbić do Renjuna? — pyta Chenle, patrząc na rozkład jazdy. — Ten autobus do niego dojeżdża.

— Wolę chyba dziś wpaść do ciebie... — mówi nieśmiało Jisung, drapiąc się po mokrych włosach. Zdecydowanie pragnie dziś spokoju, ale domyśla się, że jego przyjaciel chce zająć jego myśli czymkolwiek, na przykład większym towarzystwem.

— Coś się stało między wami? — Chenle udaje zdziwienie, przenosząc na niego wzrok. Musi jednak na chwilę skupić swoją uwagę na przesunięciu się znacznie w prawą stronę, ponieważ na tym przystanku wysiada duża ilość ludzi.

— Nie... po prostu chcę odrobiny spokoju. A, no i zjadłbym domowy obiad — Uśmiecha się delikatnie, gdy już spokojnie usiedli przy oknie po zwolnieniu się dwóch miejsc.

— No mama raczej się ucieszy. Ale na pewno wszystko w porządku z tobą i Renjunem? — dopytuje.

— Taaak? Czemu tak o to pytasz? — Jisung unosi brwi. Jego serce nieco przyspiesza, a w oczach widać leciutkie zdenerwowanie, które jednak Chenle dostrzega. Za dobrze go zna.

— O, zaraz wysiadamy. Niepotrzebnie siadaliśmy! — Blondyn nie odpowiada na zadane pytanie, tylko szybko wstaje i ciągnie Jisunga za rękaw. Czekają jeszcze tylko na jednych światłach, a następnie wysiadają z pojazdu, od razu rozkładając parasol, pod którym się chowają.

— Przysuń się do mnie trochę, kapie ci na ramię. — Chenle stara się przesunąć parasol tak, aby znalazł się jeszcze bardziej nad młodszym, ale i przyciąga go lekko do siebie. — Przeziębisz się jeszcze tak jak na wyjazd przed zakończeniem roku. W ogóle, ale się cieszę, że znowu tam pojedziemy. Niby dopiero za dwa miesiące, ale jednak pojedziemy. Ostatnio było super. Tak przy okazji, ciocia Jaemina jest trochę dziwna, że prosi o opiekę nad kotem aż dwa miesiące wcześniej, no nie?

— Chce się pewnie upewnić, że Jaemin na pewno da radę tam pojechać, w końcu to kawałek drogi. A pamiętasz w ogóle, czemu ten wyjazd był tak fajny? — pyta Jisung, patrząc gdzieś w przestrzeń.

— No właśnie średnio. Ale podświadomość mi mówi, że było super! Nie pamiętam tylko dlaczego. — Śmieje się Chenle, a Jisung uśmiecha się delikatnie na te słowa.

— Tym razem nie dam ci wypić tyle alkoholu. Masz bardzo słabą głowę. Jesteś jedynym, który ma dziurę w pamięci i nie pamięta w ogóle tamtego wieczoru.

— Trochę żałuję. Ale no co, to był mój pierwszy raz.

— Właściwie to wszystkich. Tylko to ciebie musieliśmy nieść do łóżka, bo nie mogłeś sam pójść.

— Czepiasz się — Chenle prycha, ale typowo dla niego po chwili na jego twarzy pojawia się uśmiech, bo nie ma pojęcia, co właśnie dzieje się we wnętrzu jego przyjaciela.

🐬🐤🐬

— Renjun strasznie wyprzystojniał, nie uważasz? — Chenle ostentacyjnie stara się leżeć na łóżku w takiej pozycji, aby Jisung leżący obok doskonale widział zdjęcia ich przyjaciela, które blondyn ogląda na instagramie. — Dziwne, że jeszcze nikogo nie ma, no nie?

Jisung zerka kątem oka na roześmianą twarz Renjuna, która widnieje na telefonie Chińczyka, aby następnie wrócić wzrokiem do swojej komórki. Zaciska jednak nieco mocniej palce.

— Coś ostatnio ciągle w głowie siedzi ci tylko Renjun — mówi bez większych emocji w głosie. Udając znudzenie, przegląda zakładkę najpopularniejszych filmów na youtubie z ostatnich godzin. — Posprzątałbyś w końcu ten burdel, zamiast przeglądać jego zdjęcia. — Jisung lustruje wzrokiem pokój pełny niebieskich odcieni. Błękitne ściany łączą się pięknie z szafirowymi zasłonkami i pościelą, a duże okna wpuszczają w słoneczne dni mnóstwo naturalnego światła. Całość psuje tylko fakt, jak zagracona jest ta sypialnia niepotrzebnymi gadżetami, piłkami i brudnymi ubraniami walającymi się po podłodze, które od zawsze przeszkadzają przyzwyczajonemu do porządku Jisungowi.

— Głupoty gadasz. — Chenle śmieje się nieco zbyt nerwowo, po czym przekręca się na plecy, aby zagapić się na sufit. A może powinien porozmawiać z Jisungiem o tym wszystkim wprost? Jak widać delikatnie sugestie, że blondyn o wszystkim wie, nie docierają do jego przyjaciela. A przynajmniej takie sprawia wrażenie.

— Chłopcy! Zejdźcie na dół! — Przez dość grube drzwi przedziera się donośny głos pani domu, a nastolatkowie niczym poparzeni momentalnie rzucają się w stronę wyjścia, bo od dłuższego czasu do ich nozdrzy dochodził cudowny zapach bliżej nieokreślonego ciasta, które z każdą minutą sprawiało, że ich żołądki wykręcały się na drugą stronę.

Szybko zbiegają po wyłożonych wykładziną schodach i wpadają do niedużej kuchni, gdzie od razu siadają przy stole stojącym pod ścianą. Równocześnie przełykają ślinę, gdy widzą przed sobą dwa talerzyki z czekoladowym ciastem z lodami oraz dwa kubki wypełnione gorącą czekoladą i piankami.

— Jesteś najlepsza! — krzyczy Chenle, od razu chwytając widelczyk, na który od razu ładuje spory kawałek ciasta. — Matko, niebo w gębie po prostu.

— Coś tak dobrego może istnieć? — pyta Jisung z niedowierzaniem. Od razu po tym, jak zadał to pytanie, słychać za jego plecami cichy śmiech, a na jego głowie spoczywa drobna dłoń pani Zhong, która myła przed chwilą naczynia, przyglądając się chłopcom z rozbawieniem.

— Mam wrażenie, że trochę ci się schudło, synku, więc stwierdziłam, że ciasto i czekolada dobrze ci zrobią. Niedługo będziesz wyglądać jak szkielet! — mówi pani domu, po czym siada koło najmłodszego i również próbuje swojego wypieku.

Jisung natomiast przez dłuższą chwilę nie odzywa się, bo czuje, jak momentalnie oblewa go gorąco, jak zawsze, gdy pani Zhong nazywa go swoim synem. Za każdym razem powoduje to w nim te same ciepłe, dziwne emocje, które tak bardzo go uszczęśliwiają.

— Chyba faktycznie trochę schudłem — stwierdza Jisung, upijając łyka czekolady, która jest wręcz idealna na takie jesienne, deszczowe popołudnia, kiedy człowiek jedynie chciałby zaszyć się pod kocem i nie pokazywać całemu światu. — To ciasto jest tak pyszne, że chyba zaraz podkradnę jeszcze kawałek.

— Możesz zjeść nawet całe, nie ma problemu. Byleby to dziecko — wskazuje widelczykiem pochłoniętego jedzeniem Chenle. — go nie pożarło, bo temu to się chyba przytyło. Patrz, jakie poliki duże mu się robią.

Jisung śmieje się głośno na ten komentarz, a blondyn wciąż nie zwraca nawet uwagi na tę obelgę, bo tak skupił się na zjedzeniu wszystkiego, jakby to były wyścigi.

Przez resztę tego słodkiego posiłku pani Zhong gawędzi z Jisungiem i śmieje się ze swojego ubrudzonego czekoladą dziecka, aby następnie zebrać od nich talerzyki i kubki, zapewniając, że sama to pozmywa. Gdy chłopcy planują ponownie zaszyć się na górze w pokoju, akurat przychodzi do domu tata Chenle i wita się z Jisungiem ciepłym uściskiem, jako że nie widział go od dawna.

— Moi rodzice są dla ciebie milsi niż dla mnie. Gdzie mogę złożyć pozew? — pyta Chenle, gdy znajdują się już ponownie pod ciepłym kocem w łóżku starszego.

— Ma się ten urok, co nie? — Uśmiecha się Jisung, kładąc głowę na miękkiej poduszce. Jest zmęczony tym dniem zarówno przez fatalną pogodę, jak i przez wzgląd na rocznicę śmierci swojej mamy, która jest w jego myślach właściwie cały czas, choć stara się nie dawać tego po sobie poznać. Zamyka więc oczy i stara się myśleć o czymkolwiek miłym i przyziemnym. Stara się zasnąć, co ułatwia mu Chenle, domyślając się, że ten dzień nie należy do najprzyjemniejszych w życiu młodszego. Wie doskonale, że Jisungowi trudno zasypia się w ciszy, więc stara się dać mu dobre warunki do zapadnięcia w sen. Wstaje i zaciąga rolety oraz puszcza nie tak głośno Fire Flies od Gorillaz, po czym sam kładzie się obok niego, bo po zjedzonym, sytym posiłku (oczywiście wziął dokładkę) i jego zmogło zmęczenie i rozleniwienie.

— Śpij, możesz zostać na noc — mówi jeszcze cicho, gdy widzi, że Jisung powoli zaczyna przysypiać, ale jeszcze na chwilę otwiera oczy, aby spojrzeć na godzinę na wyświetlaczu komórki. — Twojego taty jeszcze nie ma, no nie?

— Mhm... — Jisung zamyka ponownie oczy i wtula się w poduszkę. Żadne łóżko na świecie nie jest dla niego tak wygodne, jak to należące do Chenle.

— Nie wrócił nawet na rocznicę? — Dopiero teraz zdaje sobie sprawę z takiej oczywistości, przez co patrzy na młodszego zaskoczonym wzrokiem. — Naprawdę?

Jisung nie odpowiada, a blondyn widzi tylko jak nieco marszczy brwi i zaciska mocniej palce na pościeli. Dlatego nie pyta już o nic więcej, bo wie, że jest to najlepsze rozwiązanie. Po co w tej chwili mówić na głos to, co obydwaj doskonale wiedzą?

Chenle również zamyka oczy, ale mimo długiego upływu czasu dziwnie nie może zasnąć. Opiera głowę na dłoni i wpatruje się w śpiącego przyjaciela. Zawsze gdy śpi, wygląda bardzo niewinnie, ale dziś nie przypomina siebie ani trochę. Jego twarz nawet podczas snu wydaje się smutna. Chenle czuje się z tym fatalnie, ale doskonale wie, że nie może nic z tym zrobić. Może jedynie przy nim być i delikatnie poprawiać kołdrę, która zsuwa mu się z ramienia.

I w tej chwili samolubnie, wbrew sobie bardzo cieszy się, że może to robić właśnie on, a nie Renjun, który skradł serce jego przyjaciela.

3. Nie gaśnijmy wieczorami jak lampy


Ktoś patrzący na to z boku, mógłby zdecydowanie pomyśleć, że ten blondyn siedzący w krzakach albo oszalał, albo wybrał się na polowanie do miejskiego parku, bowiem wszystkie jego ruchy oraz sama mimika twarzy mogłyby poszczycić ich posiadacza mianem profesjonalnego myśliwego, który tylko czeka na swoją ofiarę.

To nie jednak ofiary wypatruje, lecz swojej dwójki przyjaciół, którzy lada moment powinni się tu zjawić. W duchu liczy na to, że informacja o dzisiejszym spotkaniu nie dotarła do całej reszty. Nie po to siedzi od pół godziny w zaroślach, obserwując teren przy dużej fontannie, aby teraz zaplanowaną przez niego randkę zepsuli mu ci wszyscy zdrajcy. Tak naprawdę jedynym, na którego póki co Chenle się nie złości jest Mark, a to tylko dlatego, że jeszcze nie zdążył go poprosić o pomoc w całym przedsięwzięciu. Jednak Chenle jest pewien, że Kanadyjczyk stanie po jego stronie i chętnie zaoferuje mu wsparcie.

Chińczyk wyrywa się ze swoich myśli, gdy słyszy dwa dobrze sobie znane, ale mało słyszalne z takiej odległości głosy. Przenosi więc wzrok na alejkę znajdującą się po jego prawej stronie, przez co szybko musi zmienić pozycję, aby nie zostać zauważonym. Obserwuje z zaciekawieniem, ale i zdziwieniem, na spacerujących spokojnie Renjuna i Jisunga, którzy rozmawiają o czymś bez jakichś większych emocji. Zdecydowanie idą w stronę głównej części parku, gdzie według nich mają się zebrać i inni.

Chenle jest naprawdę zdziwiony. Szczerze mówiąc to był pewien, że między nimi jest na tyle średnia atmosfera, że nawet nie będą chcieli ze sobą gadać. Tymczasem wydają się czuć swobodnie, idąc ramię w ramię. Przez chwilę widać nawet na ich twarzach uśmiechy, co wprawia blondyna w prawdziwą konsternację.

Nie pozwala jednak uśpić swojej czujności i szybko przemieszcza się przez kolejne krzaki, aby na pewno nie zgubić osób, które śledzi.

Ci spokojnie docierają w niecałe dwie minuty pod dużą fontannę z dwoma morsami i siadają na jasnym kamieniu, ówcześnie pobieżnie przecierając go rękawami bluz. Niestety pomimo pięknej pogody w ciągu dnia, wieczory już bywają chłodne.

— Dziwne, że Chenle jeszcze nie ma. Zawsze jest pierwszy — mówi Jisung, rozglądając się uważnie dookoła, przez co blondyn natychmiast pada na ziemię i czołgając się, stara oddalić się od światła latarni, przy której przed chwilą musiał się zatrzymać. Przez chwilę pozostaje w bezruchu, bo wydawało mu się, że Renjun patrzy wprost na niego. Zaciska oczy, modląc się, aby go w tamtej chwili nie dostrzegł. W ciemnej bluzie mimo wszystko nie powinien być aż tak widoczny. Dwie minuty, w przeciągu których leży skulony na zimnej ziemi, a nikt do niego nie podchodzi, utwierdzają go w przekonaniu, że przyjaciele nie zdają sobie sprawy z jego obecności. Może w poprzednim wcieleniu był ninją?

— Hej, kochani! — Chenle kamienieje, gdy słyszy głos, należący do osoby, której nie powinno tu być. Po chwili dołącza do niego kolejny, przez co Chenle wychyla się zza swojej krzaczastej kryjówki.

— Ciemno dziś jak w dupie, co? — Śmieje się Jeno, który siada obok Renjuna i Jisunga. Od razu ciągnie też Jaemina tak, aby ten usiadł mu na kolanach, a nie zimnym kamieniu.

— Chenle jeszcze nie ma? — pyta dziwnie głośno Jaemin, z nieskrywanym, pewnym siebie uśmiechem. Powoli sunie wzrokiem po najbliższej okolicy, oświetlanej pojedynczymi lampami. W końcu usatysfakcjonowany spotyka wzrok zdenerwowanego Chenle, który wkurzony pokazuje mu gest podcinania gardła, co jeszcze bardziej bawi Jaemina. Póki co nie daje on jednak całej reszcie znać, że blondyn obserwuje ich zza krzaków, tylko konspiracyjnym gestem pokazuje Chińczykowi, że ma szansę jeszcze nie wyjść na idiotę, tylko spokojnie do nich podejść.

Chenle zaciska usta ze złości i robi jedyną rzecz, którą może w takiej sytuacji, czyli cofa się do początku alejki, aby następnie szybkim krokiem dotrzeć nią do wielkiej fontanny, rozmyślając nad tym, jak kiedyś zabije Jaemina z Renjunem na czele, bo to na pewno on powiedział im o spotkaniu.

— O, hej! — Renjun uśmiecha się szeroko i macha Chenle na przywitanie. — O! Chłopaki!

Blondyn odwraca się za siebie i dopiero wtedy dostrzega powoli zbliżającego się Donghyucka i Marka. Super. Dzięki, Renjun, wszystko zniszczyłeś.

Chenle odwraca się ponownie w stronę przyjaciół siedzących na skraju fontanny. Patrzy na Jaemina z wyrzutem, czego on zdaje się nie dostrzegać. Właściwie to po prostu dobrze udaje, że nie widzi, a Chenle doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

— Mamy jakieś konkretne plany, co robić? — pyta ciekawy Renjun, patrząc centralnie w oczy Chenle, który odkąd przyszedł, milczy.

— Nie myślałem nad niczym konkretnym — odpowiada naburmuszony Chenle, co nie uchodzi uwadze reszty.

— Coś się stało? — pyta zmartwiony Jisung, widząc dziwne zachowanie Chińczyka, który poprawia kaptur czarnej bluzy. — Dobrze się czujesz?

— Wszystko w porządku. Po prostu zrobiłem sobie drzemkę i jakoś mi tak teraz dziwnie. — Uśmiecha się szeroko na chwilę, aby uspokoić nieco Jisunga. Ten jednak tego nie kupuje, ale nie drąży póki co tematu. Może potem złapie blondyna na osobności i dopyta, czy na pewno wszystko w porządku. W końcu Chenle jest jedną z tych osób, które ekstremalnie rzadko mają zły nastrój, za co podziwia go już od dzieciństwa.

— Jestem za tym, żeby iść po prostu na górkę i posiedzieć. Wziąłem koc w razie co — mówi Mark i aby potwierdzić swoje słowa, unosi nieco rękę, na której przewieszony jest cienki, nieco poniszczony błękitny materiał.

— Jestem za — odpowiada Jaemin, a reszta mu wtóruje. Część osób wstaje więc i rusza za pozostałymi.

— Możesz mi powiedzieć, co ty odwalasz? — Chenle przytrzymuje Jaemina tak, aby szedł wolniej, przez co w końcu zostają z tyłu, kilka metrów od grupki, dzięki czemu nie musi aż tak ściszać głosu. Zresztą na przodzie i tak najwyraźniej nic by nie słyszeli, bo śmiali się z Jeno, który prawie się wywalił o własne sznurówki.

— Ja? — Jaemin udaje zaskoczonego i delikatnie wyswobadza swój łokieć z uchwytu Chenle.

— To, że nie chciałeś mi pomóc, mogę jeszcze jakoś zrozumieć, ale dlaczego mi przeszkadzasz?

— Przeszkadzam? Myślałem, że mieliśmy się wszyscy dziś spotkać wieczorem.

— Doskonale wiesz, że tak nie miało być. Czemu chcesz mi to psuć?

— Chenle... — Jaemin wzdycha głęboko i kręci głową. Wkłada swoje zmarznięte dłonie w kieszenie jeansowej kurtki, którą pożyczył od Jeno już dawno temu i do tej pory nie oddał. — Mówiłem ci dlaczego. Jisung nie kocha się w Renjunie. Jestem tego pewien, więc nie chcę, żebyś zrobił z siebie idiotę.

— Skąd ty to możesz wiedzieć?

— Bo to widać. Prędzej pomyślałbym, że jak już to jest zakochany w tobie. Pomyśl rozsądnie. Nikt się o ciebie nie martwi jak on. Podam ci najprostszy przykład. Pamiętasz, jak Renjun złamał rok temu nogę? Jisung martwił się, ale zachował typowy dla siebie spokój. Był pewien, że wszystko będzie dobrze i pomagał na tyle, ile mógł. Natomiast jak ty w tamtym roku zemdlałeś na wf-ie, bo trzy noce z rzędu oglądałeś One Piece, Jisung był tak wystraszony, że myślałem, że on sam zaraz umrze ze strachu o ciebie na tej hali. Ryczał przez cały czas, kiedy byłeś nieprzytomny.

— Serio wtedy płakał? — pyta Chenle, ze zdziwieniem wpatrując się w plecy przyjaciela, o którym jest właśnie mowa. Rozmawia rozbawiony z Markiem i z tego, co udaje mu się usłyszeć, Kanadyjczyk znów opowiada mu o swoich teoriach spiskowych dotyczących obcych cywilizacji. Obydwaj uwielbiają raz na jakiś czas prowadzić takie pogawędki. — Nie wiedziałem. W sumie mało z tego pamiętam.

— No to musisz mi uwierzyć. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem, aby ktoś tak się o kogoś bał — odpowiada, wyciągając z kieszeni małą siateczkę z mini marchewkami, które uwielbia i pochłania codziennie dużymi ilościami. Proponuje je Chenle, ale ten kręci głową, że nie chce.

— Ale tylko po tym twierdzisz, że Jisung niby wolałby mnie od Renjuna? — pyta rozbawiony Chenle, patrząc pobłażliwie na wyższego. Trudno mu jednak ukryć radość z myśli, że być może to właśnie on, a nie Renjun jest na szczycie hierarchii Jisunga. Czuje dziwną satysfakcję, której nie potrafi logicznie uzasadnić. Przecież sam planuje sprawić, aby ta hierarchia wyglądała inaczej. Jego myśli robią się nielogiczne.

— Nie. Tobie to raczej trudno zrozumieć, bo jak mówiłem, jesteś tępy, kwiatuszku, ale... a co się będę produkować. Sam musisz to ogarnąć, ja ci mogę tylko trochę pomóc. — Jaemin wymija go, starając się dogonić resztę chłopaków. — Jeno! Poczekaj no!

— Nawet Hyuck faktycznie nam pomaga... — mówi cichutko Jeno, gdy jego chłopak w końcu go dogania, pozostawiając Chenle na tyłach. — Specjalnie zaczął temat ufo, aby Jisung zajął się Markiem, a sam zagadał Renjuna.

— Wow, jestem mile zaskoczony. — Jaemin unosi brwi, a gdy jego wzrok spotyka ten Donghyucka, uśmiecha się milutko.

— Chenle! Nie idź tak sam z tyłu! — Blondyn unosi wzrok, gdy słyszy krzyk Jisunga, który przystaje na chwilę wraz z Markiem, tylko dlatego, aby na niego poczekać. — Rusz się trochę!

Ten kiwa szybko głową, momentalnie zapominając o całej rozmowie z Jaeminem, gdy widzi uśmiech Jisunga, który macha do niego, aby na pewno dostrzegł ich w ciemności, bo w tej części parku latarnie w większości nie świecą.

Wspólnie już wspinają się na dość sporą, trawiastą górkę, z której rozpościera się piękny widok na część parku i wieżowce znajdujące się ponad nim. Widok jest wręcz magiczny, ale całkowicie im znajomy, bo nie raz i nie dwa siadali już tutaj po zmroku, aby po prostu spędzić ze sobą czas.

— Zimno ci? — pyta Chenle po dłuższym czasie, gdy widzi, jak Jisung szybkim ruchem od dłuższego czasu pociera swoje ramiona.

— Tylko trochę — odpowiada uspokajająco, ale Chenle doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że nie jest to prawda. Jisung nienawidzi zimna i bardzo często gdy inni są w krótkim rękawie, bo jest ciepło, on chodzi w bluzie, bo jest mu chłodno. Dlatego więc bez zastanowienia ściąga z siebie swoją kangurkę i rzuca ją młodszemu.

— Zwariowałeś! — Jisung marszczy brwi i już chce odrzucić ją z powrotem, ale Chenle powstrzymuje go gestem dłoni.

— Jest mi ciepło, nie przejmuj się. Jak będzie mi zimno, to ci zabiorę. Serio. — Uśmiecha się, w duchu jednak modląc się o to, aby nie dać po sobie poznać, że kłamie. Jest mu cholernie zimno, bo wiatr z każdą chwilą nieco się zmaga.

— No dobra... — Jisung z ulgą przyjmuję okrycie, które od razu na siebie wkłada.

— Tak w ogóle to mam dla was propozycję — odzywa się nagle Jaemin, gdy wszyscy na jakiś czas zamilkli, rozkoszując się niesamowicie pięknym widokiem. Gdy jednak to powiedział, spojrzeli na niego z ciekawością. — Moja ciocia poprosiła mnie o zajęcie się jej kotem pod koniec listopada. Zaproponowała, abym to ja do niej przyjechał. To tam, gdzie pojechaliśmy przed końcem szkoły, pamiętacie?

— Jak dla mnie brzmi super! — Chenle od razu reaguje bardzo entuzjastycznie, bo w głowie już widzi mnóstwo okazji, do zbliżenia do siebie Jisunga z Renjunem. W końcu gdzie, jak nie na wspólnym wyjeździe? Nawet jeśli ma być dopiero za dwa miesiące. — Jestem za! Było super!

— Też jestem za! — Zawtórował mu entuzjastycznie Mark.

Reszta też wyglądała na zadowolonych z propozycji.

— Mam tylko nadzieję, że to nie skończy się tak jak ostatnim razem. — Śmieje się cicho Renjun, patrząc wymownie na Chenle, który niewinnie puścił mu oczko.

— A ty jak, Jisung? Będziesz wtedy wolny? Czy przed świętami tym razem tata zabierze cię na Karaiby? — Jaemin nachyla się do najmłodszego, który siedzi w ciszy, skubiąc trawę przy swoich nogach.

— Nie jestem pewien... tata coś wspominał o listopadzie, ale nie pamiętam co... — odpowiada niepewnie, nie unosząc wzroku. Nie chce poruszać tematu wakacyjnego wyjazdu, ani żadnego kolejnego.

— Wow! Chyba naprawdę wasze relacje się poprawiły po tych wakacjach w Japonii! To super! — krzyczy szczęśliwy Chenle, potrząsając ręką Jisunga. — Nie sądziłem, że to się kiedyś stanie!

— Tak, ja też...

— Właśnie, nie pokazałeś nam w końcu zdj-

— Może już się zbierajmy? Naprawdę jest dziś zimno. — Renjun przerywa szybko Donghyuckowi i natychmiastowo wstaje, aby odruchowo chłopaki również zaczęli się zbierać. — Możemy się spotkać jutro w dzień. Poszedłbym do salonu gier.

— Zgadzam się. Chenle się zaraz przeziębi. — Jisung również się podnosi i ściąga z siebie ciemną bluzę, podając ją zdziwionemu blondynowi. Uśmiecha się i podaje mu rękę, aby ten mógł łatwiej wstać. Nie wspomina nic o tym, że jutro nie będzie w stanie się spotkać.

Pozostali również w mozolnym tempie zaczęli podnosić się z koca, marudząc przy tym na swoje zesztywniałe kończyny.

Wspólnie ruszają w stronę głównej alejki, ale przy dużym skrzyżowaniu rozdzielają się, idąc każdy w swoją stroną.

— Ty nie wracasz jeszcze do domu? — Jisung patrzy z zaskoczeniem, jak Chenle zamiast skręcić wraz z Markiem, wciąż idzie z nim ramię w ramię. — Gdzie idziesz?

— Do ciebie. Na noc — odpowiada pewnie z szerokim uśmiechem, bo doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że Jisung jeszcze nigdy mu nie odmówił. Tak też jest i tym razem, gdy na te słowa na twarzy młodszego pojawia się śliczny, szczęśliwy uśmiech.

— Pizza i jakiś film Marvela?

— Pizza i jakiś film Marvela — potwierdza Chenle z jeszcze szerszym, o ile to możliwe, uśmiechem.

Idą ciemnymi, parkowymi uliczkami, uważnie rozglądając się po okolicy. Mimo że przechodzili tędy nieraz po zmroku, zawsze starają się być czujni, bo Seul nocą nie należy do najbezpieczniejszych miejsc na świecie.

Na szczęście budynek, w którym mieszka Jisung, znajduje się bardzo blisko, więc po niecałych dziesięciu minutach znajdują się już w estetycznej, czystej windzie, w której przeglądają się w lustrze, robiąc głupie miny. Zaprzestają dopiero, gdy ta dojeżdża na 28. piętro. Drzwi otwierają się, a przyjaciele od razu wchodzą do przestronnego apartamentu, gdzie momentalnie w oczy rzuca się wielka skóra niedźwiedzia leżąca pod dwoma jasnymi kanapami, dumnie stojącymi przed gigantycznym, płaskim niczym szyba telewizorem. W Chenle jak zawsze uderza kontrast pomiędzy jego przytulnym, jednorodzinnym domkiem, a tym minimalistycznym, jasnym i pustym pałacem, bo tak przywykł nazywać dom Jisunga.

— Co przychodzę, to ten telewizor się powiększa. — Śmieje się blondyn, ściągając buty przy drzwiach, aby nie zabrudzić idealnie wypastowanych paneli.

— Nawet nie mam pojęcia, kiedy go wymieniono — odpowiada gospodarz, w duchu czując ulgę, że są w mieszkaniu sami. Kieruje się w stronę kuchni, która wraz z salonem i jadalnią tworzą jedną, wielką przestrzeń, umiejętnie oddzieloną od siebie rzeźbami, niskimi ściankami i szafkami, na których znajdują się pojedyncze książki i ozdoby. Gdy wchodzi do części kuchennej, zapala jasne, blade światło, które sprawia, że apartament wydaje się być jeszcze mniej przytulny. — Chcesz coś do picia?

— Co jest? — Chenle wychyla się zza dużego oparcia kanapy, aby móc zobaczyć Jisunga stojącego przed lodówką.

— Eee... — Szatyn nie wygląda na zadowolonego, widząc w lodówce jedynie butelkę mleka, kilka starych warzyw i przeterminowane mięso. — Wodę. Możemy zamówić picie razem z pizzą.

— Woda może być — odpowiada niezrażony blondyn, domyślając się, że Jisung nie zdążył dziś pójść na zakupy, a to nie należy do obowiązków jego gosposi. — Twojego taty dziś nie będzie?

— Chyba wyjechał do Chin na jakiś czas. — Jisung sięga do przeszklonej szafki, skąd wyciąga dwie szklanki, do których nalewa zimnej wody prosto z lodówki. — Nie wiem, kiedy wraca.

— Ale przynajmniej byliście razem na wakacjach. Robi postępy. — Chenle nie czeka na odpowiedź młodszego, przez co nie widzi, jak zaciska usta na te słowa. Idzie po swoją bluzę, którą zostawił na komodzie przy wejściu, aby wyjąć z niej telefon i zamówić dużą, mięsną pizzę oraz colę.

Nie musieli długo czekać, bo już po półgodzinie mogą spokojnie, przebrani w piżamy leżeć na podwójnym łóżku Jisunga, jedząc pizzę i oglądając na ekranie laptopa Kapitana Amerykę.

Chenle jednak często przenosi wzrok z ekranu, aby móc podziwiać zdecydowanie swoje ulubione pomieszczenie w tym domu. Pokój Jisunga jest dla niego po prostu niesamowity. Wygląda właściwie jak dżungla, w środku której ktoś postanowił powstawiać meble i ściany. Blondyn od zawsze ma wrażenie, że fakt, ile tu jest roślinności, lampek i uroczych ozdóbek jest spowodowany tym, że cała reszta domu przez pedantyzm jego ojca wygląda tak, jakby nikt tu nie mieszkał. Byle jak najmniej ozdób. Byleby podłoga i lustra były czyste. Byleby wieżowce widoczne zza wielkiego okna pięknie lśniły, podczas gdy Jisung się w nie wpatruje, gdy znów jest w domu sam jak palec.

Jego pokój dlatego wydaje się być zupełnie innym, dzikim światem, w którym czuć było mocno zapach świeżych, zielonych liści, o które młodszy dba najlepiej, jak umie.

— Poprzednia część lepsza — komentuje Chenle, dojadając ostatni, zimny już kawałek pizzy, gdy na ekranie pojawiają się napisy końcowe. — Niepotrzebnie tak na to czekałem.

— Mi się podobała. — Jisung wzrusza ramionami i zmienia pozycję, aby teraz leżeć na plecach i patrzeć na sufit, który częściowo porośnięty jest bluszczem, utrzymanym na niewidzialnych linkach. — Ale jestem zmęczony, a ty?

— Trochę. — Chenle wbija twarz w poduszkę i zamyka na chwilę zmęczone oczy od patrzenia tyle czasu w jasny ekran.

— Wiesz... — odzywa się nagle cichym głosem Jisung, wciąż wpatrując się bez emocji w sufit. — Jutro jest rocznica śmierci mamy. Chciałbyś ze mną pójść na grób? Nie chcę iść sam.

Chenle przekręca głowę, aby móc spojrzeć na twarz młodszego, która pozostaje kamienna. Blondyn jednak widzi ten cień nostalgii i smutku w jego oczach. Dlatego też od razu czochra go po włosach i uśmiecha się szeroko.

— Jasne, że tak! — Jisung nagle zostaje zaatakowany przez Chenle, który, aby wyrwać go z dobijających, smutnych myśli, zaczyna go łaskotać, przez co ten z piskiem stara się odeprzeć atak, co jednak jest trudne, bo Chenle doskonale zna jego czułe punkty i jest zdecydowanie silniejszy.

— Stop! Błagam! — krzyczy Jisung, nie mogąc powstrzymać się od śmiechu, ale Chenle wczuł się zdecydowanie za bardzo i właśnie zaliczył zwycięstwo, spychając go z łóżka.

— Nigdy ze mną nie wygrasz. — Puszcza mu oczko i uśmiecha się czarująco, patrząc na czerwonego z wysiłku Jisunga, który póki co nie ma nawet siły, żeby się podnieść z miękkiego dywaniku.

— Może — odpowiada, przenosząc na niego błyszczący wzrok. — Zwycięstwo nie zawsze jest dobre.

— W sensie? — Chenle patrzy na niego pytająco.

— Nieważne. Ostatnio tylko Donghyuck gadał mi jakieś filozoficzne rzeczy tego typu. Chyba w nie uwierzyłem.

— To brzmi jak Donghyuck.

— Absolutnie.

🐬🐤🐬

— Nie potrafisz się od tego uwolnić?

— Nie. Nie potrafiłbym. To jest zbyt silne, a on zbyt wiele dla mnie znaczy. Był pierwszą osobą, która zwróciła na mnie kiedykolwiek uwagę. Nigdy tego nie czułem. Wciąż w to nie wierzę.

— Po to było to kłamstwo o wyjeździe? Dlatego się odciąłeś? Myślałeś, że to coś da?

— Chciałem chociaż spróbować. Jak możesz się domyślić, nie udało się. Jest chyba jeszcze gorzej.

— Dlaczego zrobiłeś to akurat teraz? Dlaczego nie rok czy dwa lata temu?

— Pamiętasz nasz wyjazd przed zakończeniem roku?

— Wiem, kto go na pewno nie pamięta.

— No właśnie.

— Czy wydarzyło się tam coś, o czym nie wiemy?

— Tak.